7 listopada 2015

Życie moje...

Dziś był piękny, słoneczny, dzień. Po kilku długich, bardzo pochmurnych i wietrznych. A wiatry są tu specyficzne: jak dmucha to tak, że dech zapiera... Ciepło, to oczywiście pojęcie względne. Gdy temperatura spada do plus 20 stopni ubieram ciepłe spodnie i sweter. I marznę. Poniżej dwudziestu będzie już zima. W górach, wysoko, spadnie śnieg, którego u nas nigdy nie było...
Śpię dosyć dobrze, do dziesiątej, potem, po połażeniu sobie bez celu, schodzimy na śniadanie. Ostatnio bardzo urozmaicone, bo Helen znalazła wreszcie polskie delikatesy, więc mamy polskie kiełbasy i ser, na obiad też pyszności: flaki, fasolka po bretońsku i najróżniejsze pierogi oraz kartacze, u nas mówiło się zeppeliny, z mięsem, pychotka, po prostu. Kontakt ze światem mam przez Facebook'a, grywam też w giereczki; a ubaw przy tym jest wielki, bo Helen rywalizuje ze mną...
Tęsknię za Monisią i Wiktorkiem. Ich wizyta na Cyprze była cudowna. Mały już nie taki mały, a Monisia dzielna matka Polka... Koło 17 schodzimy na obiad i film, raz lepszy, raz gorszy, jak to filmy. Ściągam je z Chomika. Potem jeszcze chwila przy kompie, i spać. Dużo czytam. Teraz Długą Ziemię, Pracheta, to na kompie i Ziemiomorze, wieczorem, z czytnika. Książki przywiozła mi Monia. Dla mnie książki, a dla Helen ukochane krzyżówki...
Codzienna codzienność. Czasem przyjdzie ktoś, figi przyniesie, albo pan do drobnych napraw. Czasem jedziemy do Alfamegi, dużego sklepu ze wszystkim. Łącznie z Mc Donaldem. W przyszłym tygodniu czeka mnie wizyta u fryzjerki, bo bałagan mi się na głowie zrobił. I jeszcze przemiły pan doktor, na kontrolę ciśnienia, i w ogóle: pogadać. A jutro sąsiadka, Conie, przyjeżdża na tydzień, więc Helen obiad wielki szykuje, i będzie bal!
Dziś, już wieczór. Za oknem ciemno, choć przed chwilą jeszcze słońce było...
A w nocy pięknie świeci Orion...
I tak mi jest. Spokojnie. Swobodnie. Dobrze...

1 komentarz: