25 lipca 2015

Byłam w Londynie...

Byłam w Londynie... Co to dla mnie znaczy, wie ten, kto mnie zna... Krótko mówiąc: marzenie życia. Choć podróż długa i mało wygodna, choć w Londynie jak nie pada, to zimno: nic to. Tym bardziej, że byłam razem z Helen i Jolą, na zakończeniu nauki siostrzenicy Helen, Lucy...
Było pięknie, Uniwersytet of Westminster w Londynie jest ogromny, nasza uroczystość obejmowała zaledwie trzy wydziały, a wszystko odbywało się w wielkiej hali Royal Festiwal Hall. Alumni byli w togach. Zaczęło się od odegrania hymnu Alma Mater, po czym na scenę weszło na salę całe grono pedagogiczne, z rektorem w czerwono złotej szacie, w birecie, oczywiście, a za nim reszta, też w cudnych, kolorowych ubraniach. Po czym kilkaset osób zostało wywołanych z nazwiska... Troszkę niepokoiło mnie to, że większość to byli Muzułmanie, Murzyni, i różne nacje, ale cóż, skończyć taki uniwersytet, to jest coś...
I to był jedyny cel. Spotkanie z Jolą, Sandi, Lusią i Jade było sympatyczne. Najadłam się chińszczyzny a najpiękniejsze dla mnie było sushi w restauracji, po uroczystości! Z sushi była jeszcze jedna przygoda, na Gatwick, tuż przed odlotem... Poszłyśmy z Helen, nie mając świadomości, że pokonanie odcinka z hali głównej dworca do bramki będzie dla nas tak trudne, że pomachałyśmy samolotowi, który odleciał bez nas... Trzeba było wracać do Joli, by za trzy dni wylatywać znowu. Tym razem poprosiłyśmy o pomoc i dostałyśmy ją w pełnym tego słowa znaczeniu...
Do domu wróciłyśmy w ubiegły poniedziałek, zszokowane temperaturą: 37 stopni, musiałyśmy odchorować swoje, ale już: dom pomału dochodzi do ładu. Pojutrze przyjdzie pan do basenu i będzie można wreszcie się ochłodzić, na razie musi wystarczyć prysznic... A i pani do sprzątania też już jest, bo Chin wyprowadziła się gdzieś tam daleko...
Jest dobrze...
  A to my, Helen, Lusia i ja, w ogródku Joli... Czyż nie piękne kobiety?... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz