15 lutego 2015

Londyn...

No i właśnie wróciłyśmy z Londynu.... Spędziłyśmy tam dwa długie miesiące, od grudnia do lutego, mając dosyć napięty plan zajęć i jednocześnie sporo czasu dla siebie...
A było tak: 8 grudnia przyleciałyśmy na Stansted, ogromne lotnisko pod Londynem, gdzie czekali na nas Anqelique i Mark. Powitanie było bardzo ciepłe, wręcz gorące... Odwieźli nas do Dagenham, gdzie miałyśmy zamieszkać u Joli i Sandy, siostry i siostrzenicy Helen. 
Londyn. Ogromne miasto. Mieszkałyśmy bardzo daleko od centrum, na północny wschód, a jednak w obrębie wielkiego Londynu. Na piechotę do miasta szło by się 4,5 godziny... Samo miasteczko, raczej o niskiej zabudowie, tak charakterystyczne dla WB szeregi nieomal identycznych domków, z ogródkiem, oczywiście... Jola jest wspaniała. Doskonała matka i gospodyni domu; przypadłyśmy sobie do serca, i pewnie tak już będzie. A Sandy, no cóż, ma 22 lata a mnie się wydawało, że czasem jestem z 10 letnia dziewczynką, miłą i serdeczną, bojącą się ciemności i... palącą papierosy...
Pierwsze dni mijały nam na zakupach, trzeba było tyyyle prezentów kupić. Potem Helen złapała paskudne, trzy tygodniowe grypsko, po czym ja załapałam od Helen takoż i właściwie prawie miesiąc kichałyśmy, kaszlałyśmy, w międzyczasie odwiedzając rodziny Johna i Anqelique, i Lucy, drugiej córki, starszej o rok, Joli, i Tadzika...
Najważniejsze jednak, najlepsze, było wyjście nasze, z Helen, do Teatru. Pierwszy raz w życiu byłam w teatrze na "Upiorze w Operze", musicalu, granym od 1986 roku... Siedziałam na miejscu oczarowana, zaczarowana, objęta muzyką i akcją, kurczowo ściskając rękę Helen, szczęśliwa... Tak szczęśliwa, że myślałam że już więcej nic nie może mi się zdarzyć... 


A przecież: zdarzyło się... 8 lutego wróciłyśmy do DOMU... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz