24 września 2012

Nie tylko niebo...

Lato za nami... Pracowite, słoneczne i ciepłe, przepłynęło, nie wiadomo kiedy, nie zostawiając tym razem na mojej skórze opalenizny... Zaczęła się piąta pora roku, a może szósta? No tak: Przedwiośnie, Wiosna, Lato, Babie Lato i Zima... Będzie mamić piękną pogodą, wieczory i poranki studząc, i coraz częściej mgły snuć się będą nad ziemią a pająki pracowicie snuć będą swoje sieci, by nałapać tłustych, ciężkawych much, na zimę...
Była u mnie, na pożegnanie Lata, Monika. Kilka dni zaledwie a przecież tak dobrze jest, gdy się spotykamy... Zostawiła mi dużo ciepła. Na zapas. I zdjęcia:
 

Oglądam, podziwiam, pierwszy raz mając okazję spojrzenia na Wrocław z góry i to nie swoimi oczami... Podoba mi się to miasto :) Niezmiennie zadziwiają mnie jego długie ulice, zabudowane szczelnie wysokimi, sprawiającymi wrażenie starych, domami, pozbawionymi nawet skrawka zieleni i ogromnymi, przestronnymi parkami...
Moniczka wytrwale jeździła ze mną do miasta, do Nalandy; raz tylko urwała się na wyprawę z aparatem. I wdrapała się na wieżę widokową...


A w Galerii Dominikańskiej, jak co roku jest wystawa. Rok temu był Leonardo da Vinci ze swoimi machinami. I jak się okazało, Moniczka też wtedy była u mnie... :) Tym razem tematem są pomysły i pojazdy z książek Julesa Verne. Odkąd pamiętam zachwycałam się Jego książkami: ostatnio, nie bardzo wiem dlaczego, sięgnęłam po nie znowu i połknęłam: Dwadzieścia Tysięcy Mil Podwodnej Żeglugi, Dwa Lata Wakacji, Dzieci Kapitana Granta... I proszę: Mistrz Verne w centrum handlowym :) Oczywiście, musiałam mieć takie zdjęcie, więc moja fotografka lubelska, zrobiła:


Mistrz Julek zmęczony, podobnie jak i ja - po warsztacie... A chińczyk na rikszy napędzanej żaglem, rozbawił mnie wielce, choć książki nie znam, nie wiem nawet, czy była tłumaczona na nasz język...
Wykorzystując czas urlopu dziecko moje zrobiło sobie wypad do Kluczborka, gdzie spędziło czas w towarzystwie Agatki, Zuzi i Antosia. Smak ciasta od Agaty do dzisiaj plącze mi się w pamięci kubków smakowych, mniamem i pychotkowatkością... :)
Monisia wyjechała... Wróciła do swojego domeczku, do Misia i zwierzaków. A ja, w ciszy i spokoju, myślę sobie: jak to dobrze, że jest Monika; jak to dobrze, że mam Rodzinę... I to nawet nie chodzi o częsty osobisty kontakt. Wystarcza ciepłe poczucie, że Jest.

Całą prawie sobotę i niedzielę wypełniło mi mocowanie się z komputerowym systemem, który za wszelką cenę chce pracować tak, jak on chce, chwilami traktując mnie, jeśli można tak powiedzieć, jak debilkę, jak bezrozumną istotę, za którą decyzje trzeba podejmować, bo sama nie umie... Uporałam się, chodzi mój laptopik jak złoto, po cichutku i bez szemrania. Lubię to robić. Ogromną radość sprawia mi moment, kiedy mam już na pokładzie wszystkie potrzebne mi programy, a komputer, odświeżony aż śmiga. Oczywiście do czasu, bo mimo moich starań, windowsowy rejestr i tak się rozrośnie, co jest normalne przy moich ciągłych poszukiwaniach nowych programów i instalowaniu ich i usuwaniu na przemian...
A za moim oknem pnie się do góry biała, na razie, ściana, przesłaniając horyzont. Niedzielny czas, czas ciszy, czas wolny od hałasów budowy, napełnił mnie spokojem, pozwalając wypocząć. Piękny słoneczny, choć chłodny dzień już za mną. Patrzę na zdjęcie tego, co mam za oknem i myślę sobie, że jakby nie było, jest jeszcze niebo :) Nawet jeśli będzie tak, po skończeniu budowy, że będzie widać tylko niebo, to przecież i tak będzie pięknie
Pięknem rzeczy małych napełniam się po brzegi, gdy patrzę na kwiaty, na chmury, na listki, na ślady pozostawione... Takim śladem jest dla mnie każda fotografia... :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz