31 sierpnia 2012

Piątek, 7.15...

Piątek, siódma piętnaście... Po wczorajszym upale: wieczorem we Wrocławiu było 36 stopni, ani śladu... Temperatura na zewnątrz 18 stopni, w domu cieplutko: 24. Niebo od rana zasnute ciężko szarymi chmurami, od czasu do czasu spadającymi na ziemię niezbyt obfitym deszczem... Wczoraj: wróciłam do domu w mieszance odczuć - bardzo zmęczona i bardzo zadowolona. W Nalandzie zakończyła kurs grupa z drugiej edycji. Było energetycznie, kolorowo, z dużą dawką satysfakcji i radości. Kolejne prace, obrazy ludzi, twierdzących jeszcze kilka tygodni temu, że nie potrafią malować, napawają moje serce ogromem ciepła...
A rano, dzisiaj, w szary świat chmurnego nieba wprowadził mnie charakterystyczny, rozpoznawalny dźwięk: iiiii, uuuuuu... Budowa. Pierwsze piętro w trzech czwartych gotowe wyłania się przed oknem ścianą z białych, na razie cegieł. Potem będzie tynk, i spekulacje sąsiedzkie: a w jakim kolorze?... Zobaczymy, na pewno zobaczymy, nie da się nie widzieć... :)
 A orchidea znowu kwitnie, jak co roku, niezmiennie piękna. Różowa... Świat roślin, tak mi bliski, oddala się coraz bardziej, przesłaniany murem budowy. Na pociechę zostają domowe uprawy: awokado i liczi, ładnie przycięty Benek: beniamin znaczy, dżungla w kubku z kotami, tym od Monisi i rozkwitająca orchidea...
Przede mną weekend... Cisza i spokój, no, wyłączając uszy na dźwięki za oknem... Weekend: czas regeneracji, zbierania sił, lektur i pisania, pogaduszek fejsbukowych, jakiś film... I tyle... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz