24 lutego 2012

Biała noc...

Według "Słownika slangu i mowy potocznej" jest to określenie czasu, spędzonego przed komputerem pod wpływem amfetaminy. Definicja ta tylko w połowie odnosi się do mnie, ponieważ amfetaminy nie biorę; widać zadziałał inny, być może amfeminopodobny, środek pobudzający, który trzymał mnie w jasności umysłu przez całą noc, nie pozwalając zasnąć... 
A czym to było, nie wiem...
Przedwczoraj byłam u kardiologa. Moje serce ostatnio fika koziołki, zbyt często przypominając bólem o swoim istnieniu. Ciśnienie rano mam niemowlęce, wczoraj wieczorem było dużo za wysokie... 
Pani Kardiolog była bardzo zadowolona: serducho, lewa komora i lewy przedsionek są tylko nieznacznie powiększone i od ostatniego badania nie ma zmian a zastawki są zadziwiająco sprawne. Pozostaje do naprawy "hydraulika", czyli naczynia wieńcowe. I to właśnie one, te naczynia znaczy, nie dość, że dokuczają, zwężają się, to jeszcze męczą serce, zmuszając je do dodatkowego wysiłku.
Mam skierowanie na analizy krwi, mam też nowe leki, beztrosko dorzucone do długiej listy, przez Panią Kardiolog, z niewiarygodną wprost wiarą w ich skuteczność... 
Bardzo poprawiła mi nastrój ta wizyta...
A wczoraj rano byłam na ostatnim z serii, zabiegu akupunktury...
Wkłuwane w wiele punktów igły nie sprawiają natychmiastowego cudu; to nie jest magiczna, efektowna sztuczka. Seria jedenastu zabiegów miała na celu wyrównanie poziomów chi w narządach wewnętrznych. I teraz mój organizm, przez najbliższe dwa miesiące, będzie sobie radził; będzie tę nowe bodźce układał i przyswajał, by w harmonijnej współpracy wszystkich narządów dać mi ogólny dobrostan. Do tego dołożona jest dieta: tylko ciepłe i gotowane potrawy, trochę ziół i zalecenia dotyczące trybu życia: na przykład kładzenie się spać najpóźniej o 23, by dać szansę ciału na regenerację...
W tym kontekście moja "Biała noc" wygląda blado... Położyłam się koło 24 i robiłam wszystko, co w mojej mocy, użyłam wszystkich znanych sobie sposobów (na ogół skutecznych), by zasnąć... Poddałam się o 3. Usiadłam przy komputerze, potem długo czytałam, by o 7 zasnąć...

A za oknem szaro i buro, chociaż ciepło; od wczoraj wieje silny wiatr i być może to on jest sprawcą mojej bezsenności... 
Radość rośnie jednak na myśl o nadchodzącej wiośnie i zielonych kiełkach w skrzynce na oknie, prawdopodobnie szafirków, które nieśmiało wyjrzały na powierzchnię...
PS. W ubiegłym roku do jednej z doniczek włożyłam kilka pestek z avocado. I zapomniałam... 
Po czym włożyłam do tej doniczki sadzonkę od mojego Siechnickiego Anioła, Kasi; sadzonka pięknie się przyjęła, grubosz urósł, gdy w styczniu zobaczyłam obok niego jakieś dziwne chwasty. Wyrwałam je, wyrosły następne. No, to najdorodniejszego chwasta wyciągnęłam z korzeniami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, na końcu rośliny dużą pestkę avocado... Uratowane przed zagładą trzy sadzonki ostro pną się do góry :) Wnioski wyciągnięte zostały natychmiast - wyrzucam ze słownika pojęcie: chwast.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz