9 lipca 2010

Moje serce...



Delikatne sygnały zaczęło dawać w lutym... Wracając, zmęczona, po warsztacie, przemierzając niespełna 800 m., kazało mi się w połowie drogi zatrzymywać, przypominając, że jest: pełne niepokoju, co dalej będzie, skoro tak zawęziły mi się sposoby na utrzymanie... Nie kojarzyłam wtedy tych zatrzymań ani z sercem, ani z lękiem. Kondycja mi spadła, męczyłam się szybciej niż zwykle. No, to częściej odpoczywałam, kładąc to na karb wiosennych przesileń... Nie słuchałam swojego serca... Kilka dni temu obudziło mnie rano tak dotkliwym bólem, że usiadłam przerażona, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Z pomocą niezawodnych Przyjaciół dotarłam do lekarza: moje serce nadmiarowością i bólem upomniało się o siebie, przypominając mi, że jest tylko jedno, jedyne, na całe życie... Teraz grzecznie łykam tabletki i znów: z pomocą Przyjaciół, wybieram się do kardiologa. Jak najszybciej. Dotarła do mnie Wartość Życia. Świat jest taki piękny, jest jeszcze tyle książek do przeczytania, miejsc do odwiedzenia, muzyki do słuchania. Jest jeszcze tylu ludzi, którym tak po prostu, chciałabym popatrzeć w oczy... Namalowałam swoje serce...

1 komentarz:

  1. Baszko ...Twoje serce pokona słabość,potrzebujesz spokoju,miłości,odpoczynku.Czego Ci życzę z dalekiego Szczecina.Będzie dobrze,bo nie może być inaczej...
    pozdrawiam Ania

    OdpowiedzUsuń