23 czerwca 2010

Lato w Wolimierzu...


Przyszło po cichutku, podczas mojej nieobecności, raczej chłodne, a przecież pełne niespodzianek. I oto pierwsza miseczka truskawek z wolimierskiej grządki... Są tak piękne, że choć mam wielką ochotę po prostu je zjeść, wciąż stoją na biurku, koło komputera, i patrzą na mnie...


Myślałam, że bażanty tylko zimą przychodzić będą, a one uznały widocznie, że teren należy do nich. Chodzą więc po łące, rano budzą mnie skrzekliwym głosem, jakby mówiły, wstawaj... Wstawaj i podziwiaj, jak tu pięknie:


Prawie wszystkie goździki kwitną a wieczorem oszałamiająco pachną...


Łubiny, okazałe, aż się uginają od kwiatów i trzmieli, które w tym roku wyjątkowo często zaglądają do naszego ogrodu...


Róża. Zeszłoroczny nabytek, kwitnąć zaczęła. Takie powitanie lata :)


A kiedy tylko spadnie choćby maleńki deszczyk ze wszystkich stron wyłażą ślimaki, czarne i brązowe, małe i duże, kiedy chcę przejść, to slalomem chodzę, by nie rozdeptać... 


Nad wszystkim góruje Moja Góra... Dziś wróciłam do domu. Ulubioną trasą Wrocław, Jelenia Góra, Szklarska Poręba, Świeradów Zdrój i Wolimierz... Zaraz za Wrocławiem oczy mi się śmieją do masywu Ślęży, a potem na horyzoncie pojawiają się Sudety, Karkonosze, Śnieżka i Śnieżnik, Kotlina Jeleniogórska. Dojazd do Szklarskiej Poręby jest tak urokliwy, że uśmiech nie schodzi mi z twarzy; a kiedy mijam Rozdroże Izerskie już wiem, że jestem w domu... Bardzo długo mieszkałam w dużych miastach. I zawsze brakowało mi w nich tego, co daje mi Wolimierz: przestrzeni z pofalowanym, zielonym horyzontem... 
Więc jestem w domu. za oknem księżyc, prawie w pełni, świeci tak jasno. Zaczęło się lato. Truskawki. Bażanty. Kwiaty w ogrodzie. Moja Góra. Da capo al fine... Jestem szczęśliwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz