19 lutego 2010

Wolimierskie Opowieści... Część 4. Ciąg Dalszy Nastąpi Niebawem...


UMIANNA I LAS

Któregoś dnia po niespokojnej, źle przespanej nocy Umianna wstała późno. Było już południe, za oknem, na szarym listopadowym niebie, kłębiły się ciemne chmury, niosąc zapowiedź pierwszego w tym roku śniegu. W pokoju było zimno. Muszę iść do Lasu, nie mam drewna, pomyślała, ciekawe, czy zdążę przed deszczem. Ubrała się ciepło, wypiła kubek gorącej kawy z mlekiem i wyszła. Do Lasu było blisko, niecały kilometr. Przenikliwie zimny wiatr szybko wywiał z niej pamięć ciepła kawy. Prowadziła rower z wysiłkiem pod górę, ciesząc się myślą, że w drodze powrotnej będzie lżej. Las przywitał ją jednostajnym szumem wysokich sosen. Zadarła głowę wysoko, patrząc z niepokojem na chylące się na wietrze szczyty drzew.

Wiatr wściekle nimi szarpał, plącząc długie, wiotkie, pozbawione liści, gałęzie brzóz z powykręcanymi konarami starych sosen. Wył i gwizdał, przycichając na chwilę przy ziemi, by znów rozpocząć dramatyczne zmagania, wysoko wśród gałęzi.

Nad lasem z przeraźliwym krakaniem fruwał ogromny czarny ptak. Nisko pochylona, wyszukiwała wzrokiem, co grubsze patyki chrustu. Podnosiła je, układała, wiązała w duże pęki, wcześniej przygotowanym sznurkiem. Zaczął sypać ostry śnieg. Bił ją dotkliwie po twarzy i gołych rękach. Z trudem umocowała trzy ciasno obwiązane pakunki opału do roweru i właśnie miała wracać do domu, gdy ziemia osunęła jej się spod nóg. Zrobiło się jej zimno, zbladła, na chwilę straciła wzrok, upadła. Rower wywrócił się na ścieżkę. W tym momencie zagrzmiało raz i drugi i zaczął padać ulewny deszcz. Ocucił ją. Z trudem dowlokła się pod drzewo. Usiadła, opierając się plecami o pień brzozy.

Nie wiedziała, jak długo leżała nieprzytomna na ścieżce. Deszcz mieszał się na jej twarzy ze łzami. Przemoczona siedziała, płacząc, na skraju lasu, patrząc na czarnego ptaka walczącego z dziwnym uporem z nawałą, usiłującego, nie wiadomo dlaczego, utrzymać się w locie pod niskim sklepieniem ciemnego szarością nieba. Myślała o swoim życiu, parszywie samotnym, nieudanym, rozdartym. Wstała, podniosła głowę do góry. W oczach zabłysły jej iskry złości.
Boże! krzyknęła, jeśli tam jesteś, zabij mnie od razu!
Zziębniętą dłonią, zaciśniętą w pięść, wygrażała niebu. Nikt nie odpowiedział. Pozbierała się jakoś, przymocowała jeszcze raz pęki chrustu do roweru i poszła z powrotem do domu. Nad jej głową czarny ptak szybował wytrwale, na przekór burzy. Szła pomału, z wysiłkiem pchając ciężki rower. Przez puste, świeżo zaorane, pole biegł duży szary pies, podobny do wilka. Tego dnia pokochała Las, który dał jej schronienie i opał. Tego dnia opuściła ją wiara w Boga. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz