3 lutego 2010

Wolimierskie Opowieści... Część 3. Ciąg Dalszy Nastąpi Niebawem...

UMIANNA I STRACH
 
...Ta historia zaczyna się od strachu. Zesztywniałe z lęku palce zastygają nad klawiaturą z trudem odnajdując potrzebne litery, by składać je w słowa. Kiedy już uda się je jakoś wystukać, opornie układają się w niezdarne zdania. A przecież wszystko sobie dokładnie poukładała w głowie, wielokrotnie obracała je na języku; stały w równiutkich rządkach, takie zgrabne, czarne rzędy liter, słów i zdań mających opowiedzieć jej historię. Teraz siedzi sparaliżowana lękiem, spętana przemożnym uczuciem, że to wszystko na nic nikomu się nie przyda; że słowa, tak pieczołowicie zbierane, nic nikomu nie powiedzą.

SŁOWA. Zdają jej się od dawna znajome, tak szybko nauczyła się mówić, pisać, czytać, zapisywać swoje myśli. Przez długie lata zdawało jej się, że nawet myśli słowami. Jednak najdawniejsze wspomnienie wiąże się nie ze słowami lecz z obrazem, przesyconym bardzo intensywnym zapachem. Pamięta woń pasty do podłogi zmieszany z zapachem świeżo upieczonego ciasta i pachnącej krochmalem błyszczącej białej pościeli. Otulona zapachami leży w małym pokoju, w dziecinnym łóżku, wykąpana, w czyściutkiej piżamce. Przez otwarte okno do środka wpadają słoneczne promienie, śpiew ptaków, szum poruszanych lekkim wiatrem liści. Okno świeci błękitnym światłem jasnego nieba. Niedzielny poranek. Właśnie otworzyła oczy. Zarejestrowała obrazy, dźwięki i zapachy. Za chwilę do pokoju wejdzie – nie wiadomo kto – i zacznie się kolejny – nie pamięta który – dzień jej życia.

Od tamtej chwili minęło wiele dni a ona wciąż pamięta ten obraz. Do dzisiaj lubi, leżąc rano, wyławiać z początku dnia dźwięki i zapachy, pamiętając o tym, że dzień, w którym nie słyszy się śpiewających ptaków jest dniem zgubionym.
Gubić dni można też na wiele innych sposobów. Nauczyła się tego później, kiedy bardzo świadomie przesypiała sączące się zbyt długo godziny, chcąc uciec przed wszechogarniającym strachem.
Bała się przez całe życie wszystkiego i wszystkich. Zdarzeń i ludzi. Odpowiedzialności i braku odpowiedzialności. Zwierząt i owadów. Samotności i bliskości. Bała się tłumu.  Przez całe życie walczyła ze strachem ukrywając go najgłębiej, jak tylko się dało, spychając go na samo dno swej świadomości. Oszukiwała siebie i świat, przybierając postawę kogoś, kto WCALE SIĘ NIE BOI i doszła do takiej perfekcji w udawaniu, że czasem nabierała przekonania o własnej odwadze, a znający ją ludzie ze zdumieniem kiwali głowami, kiedy mówiła im o swoich lękach: Jak to? Pytali, Ty, TY się boisz? To niemożliwe.

Przyszło jej więc żyć w ciągłym strachu. Ze strachu ćwiczyła odwagę wypowiadanych hardo słów, co określane było jako pyskowanie. Trenowała odwagę ciemności zamykając oczy, wyobrażając sobie, że jest niewidoma; sprawdzała, jak to jest gdy żyje się w ciemnościach, z lęku przed ciemnością. Zadawała sobie wręcz fizyczny ból; pokonując strach przed obcymi ludźmi, podchodząc do nich na ulicy, pytając o godzinę, czy o cokolwiek, byleby odezwać się normalnym głosem, nie szeptem. Będąc w czasie wakacji nad jeziorem strach przed utonięciem zwalczała wytrwałym nurkowaniem z otwartymi oczami, najpierw przy samym brzegu; a potem coraz dalej i głębiej. Nie nauczyła się pływać – ze strachu. Porusza się jednak w wodzie a raczej pod wodą, pewnie i bez lęku.

Pamięta takie wakacje na Mazurach, kiedy stanęła przed ogromnym wyzwaniem, rzuconym jej przez gromadę miejscowych dzieciaków, zapamiętale skaczących na główkę do wody: „ta z miasta, na pewno NIE skoczy”. A ona skoczyła. Pierwszy i ostatni raz w życiu. Skoczyła zgodnie z wszystkimi kanonami skoków do wody, z wysokiego drewnianego pomostu, jak dobrze wymierzona strzała z łuku. Odbiła się mocno od rozgrzanych słońcem desek pomostu, z rękami wyprostowanymi nad głową. Wzbiła się lekko w powietrze i spadła do wody, przecinając jej powierzchnię pod jedynie właściwym kątem, jakby przez całe życie nie robiła niczego innego. Kiedy wypłynęła na powierzchnię w powietrzu unosił się jęk zachwytu i podziwu obserwujących ją dzieciaków. Przez resztę dni spędzonych nad tym jeziorem miejscowi witali ją z wyraźnym szacunkiem, nie padła już ani jedna uwaga na jej temat, nie musiała niczego udowadniać. Nigdy więcej nie wskoczyła do wody.

Całkiem niedawno pokonała strach bycia sama ze sobą. Do niedawna radziła sobie z nim przez wyszukiwanie ciągłego zajęcia dla oczu, uszu i rąk. Wzmożona aktywność, ciągłe zajęcie czytaniem, słuchaniem, oglądaniem, w pośpiechu, pozwalało zapominać o lęku. Nie chodziła, tylko biegała. Jeśli zdarzało jej się usiąść, to tylko z książką w ręku i z głośno grającym radiem, magnetofonem lub telewizorem. Natychmiast po otworzeniu oczu musiała włączyć radio, by zagłuszać własne myśli. Wtedy nie pamiętała o codziennej konieczności usłyszenia rano śpiewających ptaków.

Jakiś czas temu wyjechała z dużego miasta do małej wsi. Wynajęła drewniany dom i codziennie, sama, chodziła do Lasu. Od wczesnej jesieni przez całą zimę, aż do późnej wiosny, mieszkała sama. Miała wreszcie okazję posłuchać własne myśli...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz