26 stycznia 2010

Wolimierskie Opowieści... Część 2. Ciąg Dalszy Nastąpi Niebawem...

UMIANNA I JELEŃ

Lekko pofalowana równina przecięta była po widnokrąg wijącą się drogą. Jasnożółte prostokąty pól na przemian z zielonymi łąkami układały się w szachownicę. Nad nimi wznosiło się błękitne niebo. Drogą szła Umianna. Bosymi stopami wzbijała wysoko do góry kłęby jasnobrązowego kurzu. Szła pod słońce nie widząc starego mężczyzny stojącego na wzniesieniu. Starzec opierał się o długi, masywny kostur. Jego biała broda układała się miękko na ciepłym brązie szaty związanej w pasie białym sznurem. Mężczyzna wytężał wzrok usiłując dojrzeć idącą postać.

Było cicho. Cicho i gorąco. W powietrzu unosił się zapach trawy. Gdzieś z wysoka dobiegał głos rozśpiewanego dźwięcznie małego ptaszka. Wisiał na niebie jak brązowa kropka i śpiewał. Śpiewał w zapamiętaniu, przyciągając uwagę idącej dziewczyny. Jej długie czarne włosy lśniły od potu. Na czole błyszczały kropelki drogocennego płynu. Umianna szła szybko, rozglądając się uważnie, wsłuchując się w śpiew ptaszka. Wyszła z domu o świcie, kiedy jeszcze nie było upału. Słońce wznosiło się przed nią coraz wyżej, jakby chciało swoją obecnością przekazać Umiannie, że jest z nią i będzie: do wieczora, do zachodu, do końca życia. Umianna zmierzała w stronę Starca. Wspięła się na wzgórze z widocznym wysiłkiem.


Witaj, powiedziała do mężczyzny z dobrze słyszalnym szacunkiem w głosie. Starzec patrzył na nią uważnie, przez chwilę milczał, w końcu spytał: Jaki sen mi dzisiaj przyniosłaś?
Umianna zmarszczyła czoło, przypominając sobie czy raczej układając słowa a przecież idąc myślała o tym śnie, niezrozumiałym, dziwnym, który miała teraz oddać Starcowi. Taka była umowa. Ona opowiada mu swoje sny, on za to chroni jej młodość.


Śniło mi się, zaczęła dźwięcznym głosem, na dźwięk, którego ptaszek umilkł, śniło mi się, że szłam. Umianna głęboko zaczerpnęła tchu i ciągnęła dalej, a kiedy doszłam nad brzeg jeziora okazało się, że wszystkie ptaki o bardzo śmiesznych nazwach, nad tym właśnie jeziorem miały swoje gniazda. Podziwiałam różnokolorowe, podobne do kaczek samce, samiczki i młode taplające się na płyciźnie brzegu a ten mijał w rytm moich kroków.

Idąc brzegiem czułam zapach wody, trzcin, wiatru i ptasich odchodów. Wtem, o kilka kroków przede mną, wyrosła ciemno brązowa dumnie wyprostowana sylwetka jelenia z ogromnym porożem na głowie. Stanęłam zdumiona. Jeleń miał wyszarpany na grzbiecie kawał mięsa, żywa czerwień rany odcinała się od brązowej sierści ogromnego zwierzęcia. Jeleń zatoczył łuk rogami, głowa opadła mu bezwładnie, nogi ugięły się i upadł miękko, zamknął oczy, westchnął głęboko i umarł. Oczy w jednym momencie zapadły się mu bardzo głęboko.

Zapatrzona nie zauważyłam gromady drapieżników zbliżających się w moim kierunku. Co to były za zwierzęta - nie wiem, jakby wilki, ale o różnych barwach: żółte, szare, czarne, brązowe.
Zrobiło się niebezpiecznie. Zaczęłam uciekać brzegiem jeziora, tą samą drogą, nie zwracając już uwagi na ptaki. Uciekałam coraz szybciej a za mną wyjąc biegła sfora. Wyróżniał się wśród niej jeden, o złotej sierści. Goniły mnie szybko. Czułam na plecach ich gorące oddechy. Skręciłam w lewo, w korytarz, jakby tunel, o ścianach wykopanych w brunatno żółtej glinie. Biegłam szybko i znów wróciłam nad jezioro. W tunelu było nadzwyczaj jasno, choć nie widać było źródła światła i powietrze w nim było świeże, jakby chłodny wietrzyk wiał łagodnie, niosąc powiew lasu i wody. Uciekłam.


Udało się, pomyślałam. Wtem, tuż przede mną, jak ciemna ściana, stanęły inne leśne zwierzęta a wśród nich jeleń, ten z nad jeziora, silny, zdrowy i żywy, a także inne jelenie, sarny, borsuki, wiewiórki, niedźwiedzie oraz spotkane nad brzegiem jeziora ptactwo. Na czele tej gromady stał złotowłosy wilk! Stanęłam. W POTRZASKU. Bez wyjścia... I wtedy się obudziłam.


Starzec milczał. Na jego pooranej zmarszczkami twarzy widać było skupienie. Rozważał w myślach obrazy kreślone przez Umiannę. Widać było, że podobał mu się ten sen. Popatrzył na nią spojrzeniem rannego jelenia a ona zadrżała na wspomnienie przeżytej we śnie grozy.
Dobrze. To dobry sen. Możesz iść. Przez najbliższy miesiąc nie spotka cię nic złego. Pamiętaj, za miesiąc, w tym samym miejscu. Przyjdziesz?
Tak, skwapliwie odpowiedziała Umianna.


W krótkim słowie TAK zmieściła długie oczekiwanie na spotkanie ze Starcem, cały miniony miesiąc i drogę, piaszczystą, i upał; kłęby kurzu unoszące się nad jej głową, i małego ptaszka wyśpiewującego pod niebem dziwną melodię. I słońce, swego sprzymierzeńca, wysuszającego, co prawda spragnione gardło i wargi, lecz dającego swym jasnym światłem nadzieję na dotarcie do celu wędrówki, do Starca. W końcu, wymykając się, co miesiąc z domu, o świcie, nigdy nie wiedziała, czy spotka na wzgórzu siwowłosego.


Minęły cztery tygodnie. Słońce świeciło jakby słabszym blaskiem, z żółtych prostokątów znikło zboże, trawa na łąkach straciła świeżość zieleni. Niebo też pobladło. Tym razem błękit przecinały tylko czarne ptaki krążące nad wzgórzami. Znajomą drogą, szybkim krokiem, szła Umianna, ze świeżym zapasem snów dla Starca.


Na wzgórzu nie było nikogo. Czarne ptaki kołowały wysoko, skrzecząc nieprzyjemnie. Umianna przystanęła. W jednej chwili jej lśniące, czarne włosy poprzecinały nitki siwizny, twarz pociemniała, oczy wyblakły, ręce pokryły się siateczką pomarszczonych kresek i niebieskich żył. Z całej postaci w jednym momencie wyciekła młodzieńcza siła. Nie wiadomo jak w ręku Umianny pojawił się gruby kij a jej kibić opasał biały sznur.

Z widocznym wysiłkiem Staruszka weszła na wzgórze i rozejrzała się dookoła. Na horyzoncie, na drodze, dostrzegła postać młodego mężczyzny. Szedł rozglądając się wokół. Gdy doszedł do wzgórza lekkim krokiem przeskoczył odległość dzielącą go od Staruszki.
Witaj, powiedział głosem, w którym wyraźnie słychać było nuty szacunku.
Jaki sen mi dzisiaj przyniosłeś? zapytała Staruszka niskim głosem.


Nic mi się ostatnio nie śniło, odpowiedział Młody. W jego głosie słychać było niepewność zmieszaną z niepokojem.

Kłamał. Śniła mu się Staruszka nakazująca mu we śnie, by przyszedł, dziś, na to wzgórze. Nie powiedziała, po co. Miał też inne sny, lecz nie chciał ich dawać Staruszce. Kiedy był mały jego młoda Matka opowiedziała mu dziwną historię, opowiedziała mu swój sen:
Śniło jej się, że spotkała starego, siwego mężczyznę z białą brodą, w brązowej szacie przepasanej białym sznurem z drewnianym kosturem w ręku. Starzec kazał jego Matce przynosić sobie raz w miesiącu jeden sen a w zamian obiecał jej długie, szczęśliwe, młode życie. Któregoś dnia nie zjawił się na wzgórzu. Jego młoda matka wróciła do domu tak zmieniona, że ledwo ją rozpoznał. Pamięta ten dzień. Nie, nie, nikomu nie będzie opowiadał swoich snów, nawet za taką cenę.


Staruszka popatrzyła na Młodego wyblakłym spojrzeniem i rozpłynęła się we wrześniowym powietrzu. Mężczyzna rozpłakał się. Teraz dopiero dotarło do niego, kim była i jak wiele stracił. Czarne ptaki skrzeczały przeraźliwie nad jego głową głosząc rychłą zapowiedź jesieni. Mężczyzna ze spuszczoną głową wolno schodził za wzgórza. Nie cieszyło go słońce wciąż ciepłem otulające ziemię. Odszedł ta samą, wijącą się wśród wzniesień, drogą. A kiedy zniknął za horyzontem ptaki, czarną chmurą, usiadły na wzgórzu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz