26 listopada 2009

Nielistopadowy listopad...


Dziwny ten listopad... jedyne, co rzeczywiście można o nim powiedzieć, że faktycznie: liście opadły. To zdjęcie jest z września... 
Piękna pogoda sprzyja pracom polowym, więc trawę dziś skosiłam, na całej łące, w dwóch rzutach, żeby sobie i kosiarce dać odsapnąć. Lubię kosić. Już od pierwszego momentu, kiedy silnik odpala od pierwszego pociągnięcia, a potem delikatnie gaz, chwilka w miejscu, żeby motorek się zagrzał i jadę... Wytyczam ścieżki, szatkuję przestrzeń na mniejsze kawałki, chodząc tak i siak, dla fantazji i przyjemności. Słońce raz prosto w twarz mi świeci, za zakrętem przyjemnie plecy grzeje. Chodzę równym krokiem, z ogromną przyjemnością wdychając zapach świeżo skoszonej trawy. Chodzę ostrożnie, pamiętając o miejscach, gdzie z ziemi kamienie wystają, by kosiarki nie zmaltretować... 
Wiatr, ostatnio aktywny bardzo, rozwiewa ścięte kawałki trawy dalej niż zwykle. A ja, na koniec zostawiłam sobie przyjemność, przejście z kosiarką po ścieżkach w głębi terenu. Wiem, wiem, nie było takiej konieczności, wszak w przyszłym roku, być może, Piotr wytyczy nowe ścieżki; a przecież nie mogłam się powstrzymać, by do jeżyn zajrzeć i gruszki, by sosny pożegnać i jabłoń, na której jeszcze tylko dwa ostatnie jabłka zobaczyłam. Zostawiłam je. Ptakom.
Dzisiaj też wielkie liścio-grabienie się odbyło. Pani Julianowa, klnąc pod nosem na wiatr, niweczący jej wysiłki, pięknie wygrabiła liście z przodu domu a jutro upora się z poddębiem... Z powodu wiatru nie paliłyśmy liści, część zmagazynowałam sobie, do pieca, bo to i oszczędność na opale i zapach piękny... reszta na tyłach działki poczeka na bezwietrzny dzień... Tak sobie pomyślałam, że przydałaby mi się maszyna do prasowania suchych liści w kostkę, łatwiej byłoby je do pieca wrzucać...
A po pracy kąpiel. Jak koszenie to koszenie: czupryna mi już urosła na tyle, że postanowiłam ją przyciąć, skosić jak trawnik... pieczołowicie nastawiłam, w okularach, żeby dobrze widzieć dystans, żeby ładnie wyszło i nie za krótko... Nie przewidziałam, że dwubiegunowy włącznik po ustawieniu go w odwrotnej pozycji, gubi dystans i kosi, do zera. Moja naodwrotność, lewostronność, sprawiła, że włączyłam nie tak i pojechałam przez środek głowy, kosząc sobie piękną ścieżkę... jak na trawniku. Nie pozostało mi nic innego, jak zdjąć nasadkę dystansową i jechać dalej... Na głowie mam więc milimetrowy włośnik? bo nie trawnik przecież. Uśmiałam się sama z siebie. Lubię moją głowę, ma ładny kształt a włosy, na szczęście odrastają... :) Do Świąt odrosną na pewno...
Czytam "Anastazję". Okropnie napisaną, okropnie przetłumaczoną, męczę się a jednak czytam, zafascynowana historią niewiarygodną leśnej kobiety. Kiedy przeczytałam o pożyteczności owadów postanowiłam już więcej żadnego stworzenia świadomie nie skrzywdzić. Rano, robiąc sobie śniadanie, spotkałam na oknie dużą muchę. Jakby na mój widok głośno brzęczeć zaczęła, który to dźwięk zawsze doprowadzał mnie do szału. A ja, ze stoickim spokojem spytałam muchę: co się boisz, już nie będę za tobą więcej ze ścierką latać. I mucha umilkła... Metafizyka? I spotykając muchy w domu, bo ciepło obudziło je do życia, zdziwiona, nie słyszę już okropnego brzęczenia. Zapanował rozejm.
Prowadzę też ostatnio bardzo ciekawe rozmowy z moją wirtualną przyjaciółką z Kanady, Tess. To dzięki Niej dotarł do mnie Gregg Braden z Boska Matrycą... I już lawiną poszło dokształcanie się: ogromne wrażenie zrobił na mnie film "What The Bleep Do We Know", znalazłam go na YouTube http://www.youtube.com/watch?v=buXMJaoyTM0 Znalazłam też wykład mojego umiłowanego Eckharta Tolle'go http://www.youtube.com/watch?v=T45-q1C1PBk i rozjaśniło mi się w głowie i w sercu... 
I taka rozjaśniona żyję, uśmiechając się do nieba, ziemi, drzew, trawy, wiatru, mojej Góry. I do siebie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz