29 sierpnia 2009

Góra Mocy...

Ślęża (w latach 1945-1948 zwana Sobótką, niem. Zobtenberg – dokładne tł. Góra Sobótka) to najwyższy szczyt Masywu Ślęży, wznoszący się na wysokość 718 m n.p.m. Ze względu na imponujący wygląd, znaczną wysokość względną (ok. 500 m) oraz specyficzny mikroklimat, zwana jest także Śląskim Olimpem. Od niej też, jak uważa większość naukowców, wywodzi się nazwa plemienia Ślężan, którzy zamieszkiwali dawno temu okolice tej góry.

Ślęża stanowiła ośrodek pogańskiego kultu solarnego miejscowych plemion, jego początki sięgają epoki brązu, a upadek przypada na początki chrystianizacji tych obszarów w X i XI w. Rozkwit sanktuarium związany jest z osadnictwem celtyckich Bojów. Na szczycie góry odnaleziono fragmenty kamiennych wałów, o szerokości ok. 12 m, układanych z odłamków kamieni. oraz zagadkowe posągi z charakterystycznym symbolem ukośnego krzyża – według hipotez badaczy, krzyż "garbo" prawdopodobnie związany był z pogańskim kultem solarnym. Wśród rzeźb najbardziej znane to tzw. Grzyb (prawdopodobnie dolna część ludzkiej postaci – w Sobótce), Mnich (u stóp góry – przeniesiony z okolic wsi Garncarsko), Panna z rybą lub Postać z rybą i Dzik (przy drodze na szczyt) oraz Niedźwiedź (na szczycie góry). W pierwszej połowie XII w. Piotr Włostowic ufundował na szczycie klasztor augustianów wkrótce jednak przeniesiony został do Wrocławia (1153). Budynek stoi tam do dziś...
Tyle można znaleźć w Wikipedii...


Mój sceptyczny, jednak... (no, co najmniej w 10%), mózg mówił mi od samego rana, że góra, to góra, lecz czy rzeczywiście mocy?
Nomen omen, w sobotę, pojechałyśmy na wycieczkę, a Sobótka to nazwa wsi u podnóża Ślęży. Wrocław żegnał nas deszczem. Wydawało się, że wycieczka w góry nie ma sensu...
Poszłyśmy nie najłatwiejszym szlakiem, czerwonym. Było stromo, kamienisto, i im wyżej było, tym jakby trudniej. Przystawałyśmy nieomal co 50 m. Gdzieś tak w połowie drogi na szczyt poczułam dziwny przypływ energii: iść mi się zaczęło lżej, oddychało łatwiej a wewnątrz miałam niewiarygodny wprost spokój. I tak mi ten spokój pozostał...

Schodząc ze szczytu pomyliłyśmy trasy i wylądowałyśmy co prawda na dole, lecz jakieś 3,5 kilometra od parkingu, na którym stał samochód. To był taki dodatkowy bonus, dodatkowy spacer, sprawiający, że utkwi mi Ślęża w pamięci jeszcze głębiej... Dziękuję Mario, za wspaniały prezent: ostatnia sobota tegorocznych wakacji wypełniona tak bliskim kontaktem ze słynną górą. Byłam tam pierwszy raz w życiu i pewnie jeszcze do niej wrócę...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz