23 lipca 2009

Wolimierskie lato...

Po powrocie z Wrocławia, od ponad tygodnia, raduję wszystkie zmysły wolimierskim latem. 
Kapryśne jest jednak w tym roku, niestabilne, zaskakuje mnie codziennie swoimi pomysłami na każdy dzień. Dziś jest pochmurnie, choć słońce, co jakiś czas, znajduje sobie przestrzeń między chmurami, rozświetlając świat. Jest bardzo ciepło i wieje silny wiatr, dzięki któremu możliwe jest oddychanie...
Już przed wyjazdem widziałam w pnączach gniazdo, widziałam też parkę kosów - on pięknie błyszczący czernią piór, ona brązowawa, bezczelnie wyjadających coś z ogródka. Po powrocie okazało się, że mamy przychówek, trzy lub cztery młode kosięta wystawiły dzioby z gniazda.

To nie koniec ptasich przygód. Po drugiej stronie domu zamieszkały, między innymi, rudziki. Wczoraj przez otwarte drzwi wleciał do salonu, taki nieopierzony do końca, maluch. Ewa pomogła mu trafić do kolejnych drzwi, na ogród. Mały usiadł na słupku, nie zwracając uwagi na Marcelkę, strażniczkę grządek, z której ptaki chyba się tylko śmieją, buszując po grządkach... Mały popłakiwał, przyleciała mama, dała do dzioba robaka, i pisklak dalej siedział, obserwując z ciekawością świat... 

Po południu przeniósł się na okno przy którym stoi mój laps. Usiłował się nawet zdrzemnąć, co udokumentowane jest na filmiku. Niestety, załadowanie go na bloga trwało zbyt długo. Znajdę inny sposób, by ten fimik pokazać, ale nie dziś... 
Jego mama podkarmiała go, pilnowała siedząc w pobliżu, czujna i niespokojna.

Nie mam nic przeciwko wyjadaniu przez kosy ślimaków i temu podobnych zwierzątek... Jednak, jeśli ptaszki robią sobie kąpielisko na świeżo posianych grządkach, to ja przepraszam i dziękuję za taką współpracę... Marcelka stoi, dzwoni puszkami, a ptaszki nic sobie z tego nie robią...

A poza tym jest pięknie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz