10 września 2008

Pełnia lata...

Już wrzesień a lato się rozbuchało, w południe dochodzi do 30 stopni w cieniu.
Sylwia wyjechała do Francji. A mnie, oprócz codziennej opieki nad zwierzętami, prawie cały czas zajmuje dom i jego otoczenie: trawniki, spadające jabłka, znów zatkana rura odpływu wody, z którą walczę już trzeci dzień. A wieczorami "rozrywka" w postaci szerszeni, które pchają się do światła i chyba do ciepła, bo wieczory i noce są jednak chłodne... Sterta drewna sukcesywnie maleje, rośnie za to stos porąbanych kawałków - zapas na jesień.
Pachnie jesienią. Krajobraz pożółkł, coraz więcej liści spada z drzew.
To było dobre lato. Tak dużo zmian zaszło we mnie po warsztatach. Aż trudno uwierzyć! Jestem spokojna, skończyły się problemy z ciśnieniem, śpię jak anioł, poprawiły mi się też relacje z bliskimi. kiedyś, gdy zdarzały mi się jasne dni, gdzieś pod skórą drzemała obawa, że szybko miną i znów będzie źle. Dziś w ogóle nie czuję niepokoju. Jest dobrze i dobro trwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz