14 września 2008

Mały, czarny, nieznajomy...


W piątek wieczorem, późnym, kiedy jak zwykle wypuściłam pieski na załatwienie wieczornych potrzeb fizjologicznych, na ganku, w kocim koszyku zobaczyłam kocie oczy. Dziwnie wytrzeszczone, małe, niepodobne do znanych mi pięciu. Nachyliłam się, by spojrzeć z bliska i ze zdumieniem stwierdziłam, że należą do czarnego kociaka, co najmniej trzy razy mniejszego od naszej trojki. Dałam mu mleka i włożyłam z powrotem do koszyka, wygłaskawszy go porządnie, z cichą nadzieją w sercu, że może rano już go nie będzie. Pięć kotów to wolimierska norma, sześć to chyba już przesada...
Rano kota w koszyku nie było. Mignęła mi myśl, że to może był sen...
Lecz gdy wołałam młode, kocie tałatajstwo na śniadanie, z budki dla kotów, przeciągając się rozkosznie, wygramolił się mały: wsadziłam go na dach budki, do kociej stołówki i gdy zobaczyłam jak on je, rozpłakałam się jak dziecko. Przypomniał mi się zaginiony ubiegłej zimy Kajtuś i pierwszy kociak Emi, który zmarł zaraz po porodzie. Pochowałyśmy go nad strumykiem a teraz zobaczyłam bardzo głodne wcielenie tamtego. Kotek w domu, o ile nie ma Feliksa, bardzo podnieconego i głośno szczekającego na widok nowego mieszkańca, czuje się jakby tu mieszkał od urodzenia. Wszędzie wchodzi, bawi się; głośnym skrzeczeniem, łudząco podobnym do głosu Emi, upomina się o kolejną porcję jedzenia.
Nie wiem, co zrobić...
Nie umiem go wyrzucić; a zresztą jak, skoro ma tak łatwy dostęp i do jedzenia, i do dachu nad głową, i do głaskania, którego nie umiem mu odmówić, z powodu dziwnej słabości, jaką we mnie wzbudza. Naradzimy się z Sylwią, po Jej powrocie z Paryża, co zrobimy.
Jest bardzo zimno, szare chmury podziałały dziś na mnie przygnębiająco. Z trudem znoszę samotność. Brakuje mi rozmów z Sylwią, tych spokojnie domowych; wizja rachunków za roaming ograbia mnie z radości rozmowy przez komórkę. Na szczęście mogę raz dziennie korzystać z sąsiedzkiego telefonu stacjonarnego a Sylwia przez kilka dni będzie mogła dzwonić, za free.
Właścicielka telefonu, Konstancja, na wieść o kociej znajdzie, "pocieszyła" mnie wiadomością, że inny sąsiad, będąc na grzybach, znalazł w lesie 5 (pięć!) szczeniąt, które zabrał do domu. No, tak: cóż to jest jeden, mały kotek?


A poza tym:


Feliks tęskni za zabawą z Sylwią...


Nuka, jak zwykle, deprecha...

A mojej góry wciąż nie widać...

1 komentarz:

  1. Baszko Twoje obrazy są przepiękne! Zwierzyniec urzekający!Mieszkałam kiedyś na wsi i miałam czarnego kota z białymi "skarpetkami" i "krawacikiem" - masz podobnego!!! Cieszę się, że wróciłaś "do siebie" po warsztatach. Mnie one również pomogły "posprzątać" swoje życie. Pisałam do Ciebie na maila - otrzymałaś go?

    Pozdrawiam Cię gorąco i serdecznie!!!
    Alina

    OdpowiedzUsuń