11 września 2008

Bez tytułu...

Największy problem mam z nadawaniem tytułów: jak nazwać obraz, jak zatytułować zapis kolejny? Nie wiem. Więc dziś będzie bez tytułu!
Uporałam się wczoraj z zatkaną rurą; trzy opakowania Kreta, wiaderko wrzątku i dużo energii, zużytej na przetykanie drutem. Aż sobie dłonie pokaleczyłam (pęcherze, i te sprawy...). Warto było.
A dziś odpoczywam, czytam, słucham Zamfira albo ciszy...
Zbieram się, jak pies do jeża, by odpisać na listy, czuję jakiś wewnętrzny opór przed dzieleniem się sobą z innymi. Być może bierze się on stąd, że sama, jeszcze nie do końca, oswoiłam się ze zmianami, jakie we mnie zaszły. Jeszcze sama siebie nie rozpoznaję.
Moje myśli zwolniły bieg, wyhamowały, potrafię się skupić na każdej czynności: zmywam i wiem, że zmywam...


PS. A JWP hrabia Felix był dzisiaj bardzo dzielny na szczepieniu przeciw wściekliźnie. Jesteśmy Mu za to wdzięczni...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz