25 września 2017

Tak dawno mnie tu nie było...

No, cóż... Wiele mi się ostatnio popsuło: największa tragedia to zniknięcie mojej strony o Vedic Art. Przeoczyłam, nie zdążyłam, przepadła... Tak mi żal, a nową nie mam czasu, pieniędzy, ochoty, niczego nie mam...
Druga sprawa to ogromna tęsknota za Polską. Ja wiem, że w Polsce jest teraz byle jak, że Prezes rządzi jak chce, ale na myśl o Wolimierzu aż mnie skręca. Codziennie myślę o tym, jak by to było dobrze zobaczyć Stóg Izerski i przyjaciół...
Helen jest bardzo dobra. I jednocześnie dosyć trudna. Czasem coś takiego powie, że serce mi ściska i myślę tylko: niech się to już skończy, a po chwili mija i jest dobrze... Wnuki mi rosną. Wiktorek i Niunia żyją z Mamą, najdzielniejszą z Mam, a Tata na saksy wyjechał, do Norwegii. Szykuje się zmiana, bo Monisia z dziećmi chce do Niego. A to tak strasznie daleko...
Więc MILCZĘ...

7 listopada 2015

Życie moje...

Dziś był piękny, słoneczny, dzień. Po kilku długich, bardzo pochmurnych i wietrznych. A wiatry są tu specyficzne: jak dmucha to tak, że dech zapiera... Ciepło, to oczywiście pojęcie względne. Gdy temperatura spada do plus 20 stopni ubieram ciepłe spodnie i sweter. I marznę. Poniżej dwudziestu będzie już zima. W górach, wysoko, spadnie śnieg, którego u nas nigdy nie było...
Śpię dosyć dobrze, do dziesiątej, potem, po połażeniu sobie bez celu, schodzimy na śniadanie. Ostatnio bardzo urozmaicone, bo Helen znalazła wreszcie polskie delikatesy, więc mamy polskie kiełbasy i ser, na obiad też pyszności: flaki, fasolka po bretońsku i najróżniejsze pierogi oraz kartacze, u nas mówiło się zeppeliny, z mięsem, pychotka, po prostu. Kontakt ze światem mam przez Facebook'a, grywam też w giereczki; a ubaw przy tym jest wielki, bo Helen rywalizuje ze mną...
Tęsknię za Monisią i Wiktorkiem. Ich wizyta na Cyprze była cudowna. Mały już nie taki mały, a Monisia dzielna matka Polka... Koło 17 schodzimy na obiad i film, raz lepszy, raz gorszy, jak to filmy. Ściągam je z Chomika. Potem jeszcze chwila przy kompie, i spać. Dużo czytam. Teraz Długą Ziemię, Pracheta, to na kompie i Ziemiomorze, wieczorem, z czytnika. Książki przywiozła mi Monia. Dla mnie książki, a dla Helen ukochane krzyżówki...
Codzienna codzienność. Czasem przyjdzie ktoś, figi przyniesie, albo pan do drobnych napraw. Czasem jedziemy do Alfamegi, dużego sklepu ze wszystkim. Łącznie z Mc Donaldem. W przyszłym tygodniu czeka mnie wizyta u fryzjerki, bo bałagan mi się na głowie zrobił. I jeszcze przemiły pan doktor, na kontrolę ciśnienia, i w ogóle: pogadać. A jutro sąsiadka, Conie, przyjeżdża na tydzień, więc Helen obiad wielki szykuje, i będzie bal!
Dziś, już wieczór. Za oknem ciemno, choć przed chwilą jeszcze słońce było...
A w nocy pięknie świeci Orion...
I tak mi jest. Spokojnie. Swobodnie. Dobrze...

25 lipca 2015

Byłam w Londynie...

Byłam w Londynie... Co to dla mnie znaczy, wie ten, kto mnie zna... Krótko mówiąc: marzenie życia. Choć podróż długa i mało wygodna, choć w Londynie jak nie pada, to zimno: nic to. Tym bardziej, że byłam razem z Helen i Jolą, na zakończeniu nauki siostrzenicy Helen, Lucy...
Było pięknie, Uniwersytet of Westminster w Londynie jest ogromny, nasza uroczystość obejmowała zaledwie trzy wydziały, a wszystko odbywało się w wielkiej hali Royal Festiwal Hall. Alumni byli w togach. Zaczęło się od odegrania hymnu Alma Mater, po czym na scenę weszło na salę całe grono pedagogiczne, z rektorem w czerwono złotej szacie, w birecie, oczywiście, a za nim reszta, też w cudnych, kolorowych ubraniach. Po czym kilkaset osób zostało wywołanych z nazwiska... Troszkę niepokoiło mnie to, że większość to byli Muzułmanie, Murzyni, i różne nacje, ale cóż, skończyć taki uniwersytet, to jest coś...
I to był jedyny cel. Spotkanie z Jolą, Sandi, Lusią i Jade było sympatyczne. Najadłam się chińszczyzny a najpiękniejsze dla mnie było sushi w restauracji, po uroczystości! Z sushi była jeszcze jedna przygoda, na Gatwick, tuż przed odlotem... Poszłyśmy z Helen, nie mając świadomości, że pokonanie odcinka z hali głównej dworca do bramki będzie dla nas tak trudne, że pomachałyśmy samolotowi, który odleciał bez nas... Trzeba było wracać do Joli, by za trzy dni wylatywać znowu. Tym razem poprosiłyśmy o pomoc i dostałyśmy ją w pełnym tego słowa znaczeniu...
Do domu wróciłyśmy w ubiegły poniedziałek, zszokowane temperaturą: 37 stopni, musiałyśmy odchorować swoje, ale już: dom pomału dochodzi do ładu. Pojutrze przyjdzie pan do basenu i będzie można wreszcie się ochłodzić, na razie musi wystarczyć prysznic... A i pani do sprzątania też już jest, bo Chin wyprowadziła się gdzieś tam daleko...
Jest dobrze...
  A to my, Helen, Lusia i ja, w ogródku Joli... Czyż nie piękne kobiety?... :)